“But, in 2010 I’m marching to a different tune.”

Premiera nowej płyty Death In June już za nami, wiele osób było zaskoczonych miło nowym kierunkiem, jaki obrał na “Peaceful Snow” Douglas P. Na osobną uwagę zasługuje jednak historia tego, jak doszło do powstania płyty i poznania Miro Snejdra, którego to grę na fortepianie słychać na albumie. Polecam wywiady z oboma panami na łamach serwisu “The End Of Being”. Douglas jak zwykle w zanadrzu ma ciekawe historyjki i nie byłby sobą, gdyby przy okazji nie wsadził kolejnej szpili Davidowi Tibetowi.

A kto jeszcze nie miał okazji posłuchać płyty, może to zrobić tutaj, całkiem legalnie.

20/10/2010

but

Dziś rusza nowa odsłona strony dla każdego porządnego pedała. Przybywajcie, z morza, z lasu, z małych przytulnych norek, z wrzosów na balkonie – nowe ziemia dla wygnańców.
[mam dziś taki nastrój na urban/fantasy]

Czy możemy chcieć więcej, czyli 10+1

Seks, naziści, Artaud, przemoc, HP Lovecraft, S/M(oore), rock’n'roll, szatan, Rice, masturbujące się zakonnice, Genet, mondo, homo. Brakuje tylko Wilsonowskich i Leary’owskich suplementów (i emo dresów). Jesteśmy w Niebie.

Ems – zvo – noyner – funffunf

Trochę się nazbierało.

Przede wszystkim Fantagraphics Books wyda komiks W.S. Burroughsa i Malcolma McNeilla – podobno zaginiony, w końcu odnaleziony. Jako fani oczywiście polecamy, na weryfikację przyjdzie czas później.

Po drugie – Number Station. Teorie spiskowe mają to do siebie, że kiedy raz się je pokocha, nigdy nie przestanie się śledzić nawet najdrobniejszych śladów. Mimowolnie rejestruje się 23 na probówce z krwią i 666 na kodzie paskowym. Audycje radiowe są tak niepokojące – głosy dzieci czytające po niemiecku ciąg cyfr wciąż brzmią mi w głowie. Obecnie nie wyobrażam sobie słuchać czego innego przed snem, próbując wytropić sens (w amoku po Rubiconie).

Po trzecie, nowy Gibson już w księgarniach. Recenzje mieszane, chociaż raczej to wina też samego Gibsona. Przyzwyczajeni do wysokiego poziomu, ciągle chcemy być zaskakiwani i jeszcze bardziej oczarowani. Polecamy zatem – zanim przyjdzie paczka z Zachodu z książką do czytania – wywiad. Także o modzie.

Tymczasem, osobiście lansuje modę na Infinite Jest Wallace’a. W końcu mam. Neologizmy i dziwaczne składnie sprawiają, że czyta się koszmarnie. Dlatego właśnie polecamy – trud się opłaci.

I na koniec – znowu TV. Serial Sherlock jest chyba najmilszym zaskoczeniem tego lata. Pierwsze sekundy raczej z obrzydzeniem, ale po paru chwilach wszystkie tropy rozpoznane. Wszystkie drobne ustawienia mebli potwierdzone. Drobne potknięcia – zwłaszcza w 2. odcinku – należy wybaczyć, chociaż z racji przepięknej walki z G.

Strapped: The Art of the Decorated Jockstrap

Czasami przesadzamy z pewną poważnością w sztuce, dlatego też tym razem moda, dizajn i seks w jednym (co akurat jest dosyć wszechobecnym połączeniem). I szczypta humoru.

Colin Corbett postanowił pobawić się pewną formą męskich slipów, używanych głównie przez sportowców jako ochraniacze (było to dostępne jako wystawa, ale niestety już po terminie). Fantazja balansuje pomiędzy macho i campem. Może nie praktyczne w niektórych sytuacjach, ale bez wątpienia hit na letnie sezony i gorące noce w klubach jak typ idealny w postaci Babylon.

Reality penetrating fantasy

Mieliśmy małą przerwę techniczną. Powrót zatem – chociaż po tak krótkiej nieobecności – powinien być znaczący. Zatem – porno i seks (numer 3). Czy to w wydaniu ulubuionego Bruce LaBruce, czy to ukochanego THS. Albo Christian Maury (zwł. Making off). I nie chodzi po prostu o 18+, gdzie laski zagrzewają chłopaków za pomocą odblaskowych strojów kąpielowych czy też słodkich, pasiastych podkolanówek. Jak w naturze, to bez odblaskowego sprayu, używanego w kwiaciarniach. No i oczywiście dla równowagi miejsce dla innych. W krwi, z bejsbolem i rokiem ‘69.

Den Harrow

W Polsce nadal nie mogą się pozbierać po koncercie w Sopocie, gdzie pokazały się wszystkie gwiazdy z dzieciństwa. Tymczasem kilka dni temu wskazano mi kolejnego herosa lat 80, o którym jakoś o nas zapomniano. Jakże niesłusznie! Wstrząsający klip z występu “na żywo” to dopiero początek prawdziwej grozy, bo przed nami jeszcze plagiat (hołd?) “Wild Boys” Duran Duran czy rozważania o Mózgu Przyszłości. Na deser skok do lat bardziej współczesnych – popatrzcie jaką fizyczną metamorfozę przeszedł nasz bohater. Najważniejsze, że nadal ma fanów.

pudle pod dywanem

Oglądam powtórki. z nudów. Wiem że wygra taki niemiły grubas ale i tak oglądam. Czasem wpadnę na drugi sezon i czuję się cokolwiek zagubiony.
Projektanci.
łzy modelek.
Projekt runway wylansował w stanach kilka gwiazd z opcji FASHION. Tim Gunn (Jamie Foxx ślicznie się z nim bił u Leno) czy Nina Garcia z ELLE dzięki udziałowi w tym programie stali się ikonami, sławami – jednym słowem gwiazdami.
A jak już ktoś jest gwiazdą to to trzeba mu przypierdolić. Pech chciał że Nina dostała strzał z własnego obozu. Diabeł ubiera się u Prady to kino familijne, rzeczywistość świata mody jest o wiele bardziej drastyczna.
Dwa przykłady. Tekst o sistrobójczej walce w łonie ELLE, dobrze napisany i w dodatku słodko brutalny. (fajny motyw ze sprzedażą marki/ciała Niny). Drugi to powyższy trailer nowego realityshow związanego z modą i przyległościami. W roli głównej Anne Slowey. (gdy ja zobaczyłem po raz pierwszy zastępowała panią Garcia w którymś z odcinków PR, od razu pomyślałem że wykończy konkurentkę)

Prywata:
Mam wrażenie Michał że jesteśmy straszne ciapy i nie ma bata żeby wyskoczyć ponad “królewskie sesje”.

V.I.P. PARTY BOYS

 

Nie oszukujmy się, nie znam się na muzyce. Wystarczy rzucić okiem na mój myspacowy profil aby zorientować się że słucham sążnego syfu.

Nie mniej jednak, dziś zaproponuje coś z hip/hopu.

Chłopaki tworzą mocny skład porównywalny z najbardziej hardcorowymi załogami z biednych polskich faweli. Jeden z nich, wysoki Peter Party stał się telewizyjną gwiazda po występie w programie szukającym młode raperskie talenty. Ich sława nie zna granic – przed państwem - V.I.P. PARTY BOYS

 

 

Jap-hipsterzy

Przeglądając strony w poszukiwaniu japońszczyzny w wszelkim – bardziej krytycznym wymiarze – w końcu chyba odnalazłam mój mały raj i niczym el hombre dorado podniecam się malutką żyłką, która dopiero za parę tysięcy lat spłynie rzeką informacji.

Meta no Tame to blog, który powstał przy innej stronie, lekko wypełnionej niusami i muzyką japońską z lat 60. i 70. (niczym z tamtejszych studniówek). Dopiero co powstał, więc apetyt na razie został miło pobudzony. Ale już trochę o literaturze (i nie Panu MH, które owszem lubię, ale chce wierzyć, że powieść współczesna się na tym nie kończy), coś tam o żigolakach (o których nota bene widziałam kiedyś niezły dokument na YouTubie oczywiście) i Numero Tokyo, a na deser komentarze na temat wpisów z The Moment hipstera Johna Jaya.

A propos T Magazine – troszkę się jak na razie podniecamy, chociaż chciałabym zobaczyć wersję papierową. Śliczne logo, niezła strona (chociaż nawigacja mnie denerwuje), ale za to dobre rzeczy w środku. Warto się przemęczyć.